Hospital and AcroCamp

No niestety.
Czasem człowiek spotyka na swojej drodze przeszkody, najczęściej wtedy, gdy zaczyna się rozpędzać.

Zacznijmy od tego, że w niedzielę pojechałam na obóz sportowy jako Trener akrobatyki sportowej. To miał być fajny, inspirujący i aktywny tydzień z dzieciakami 🙂
Jednak powtórzenie się dziwnych dolegliwości, które miały miejsce już w sobotę w przeddzień wyjazdu, popchnęły mnie na izbę przyjęć z której po kilku godzinach badań i oczekiwań na wyniki zostałam odesłana na szpitalne łóżko. Leżąc w szpitalu od poniedziałku do piątku miałam mnóstwo czasu na przemyślenia (i zero internetu 😉 ).

Przede wszystkim szpitalny klimat. PRZYGNĘBIAJĄCY 🙁 W takich miejscach zdecydowanie nie chce się przebywać. Atmosfera i widok chorych ludzi totalnie człowieka dobija. Mimo pełni sił i zupełnie zdrowego samopoczucia, momentami czułam się „jak chora”, a na co dzień chodziłam z podkrążonymi oczami.

Na część pielęgniarek nie można narzekać. Widać, że podjęły tę pracę tylko i wyłącznie z własnej woli, a ich celem jest pomaganie ludziom w potrzebie. A takich ludzi jest naprawdę wielu. Jednak pielęgniarki przychodzące do szpitala z przymusu to jakaś tragedia. Jako osoba zdrowa, widząc totalny brak cierpliwości z ich strony i ani krzty współczucia, naprawdę nie wiedziałam co myśleć. Aż głupio o tym pisać.

A na koniec: JEDZENIE. Nie mam pojęcia jak człowiek chory może na szpitalnym jedzeniu wyzdrowieć. Rozumiem brak funduszy, ale czy płatki owsiane, polskie owoce i warzywa są drogie?
Chleb i bułki – tylko białe. Na śniadanie czy kolację często brakowało jakiegokolwiek warzywa. Czy kolacja składająca się z 2 kromek białego pieczywa, masła i serka topionego to posiłek pełnowartościowy? Co to za lekarze, którzy nie potrafią odżywiać swoich pacjentów?
Przepraszam za opisy na zdjęciach, ale pochodzą z mojego snapchata (karoxakro), na którym zdawałam relację z katastrofy, jakim były szpitalne posiłki.

Koniec końców, doktor podsumował moje 5-dniowe lenistwo słowami: „młoda jest zdrowa”.
Miód dla mych uszu 🙂
Wróciłam więc na ostatnie 2 dni obozu, bledsza i słabsza, chociaż nic mi nie było… Pisząc o dzieciach muszę napisać o ich rodzicach. Kto daje swoim pociechom wielki wór chipsów, ciastek i czekoladek na OBÓZ SPORTOWY, który trwa zaledwie tydzień? Zrozumiałabym, gdyby to była paczka ciastek owsianych albo gorzka czekolada. Ale chipsy? Te biedne dzieci później jedzą świństwa, a obiad zostawiają nieruszony. Z czego one mają mieć energię na prawie 4 treningi dziennie?
Często o siebie zadbać potrafimy, a swoim bliskim chcemy tylko dogodzić. A tego niestety nie można nazwać dbaniem o ich zdrowie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.